Słoiki na płocie
Miód
kiełbasa

Słoiki na płocie

Nowe, o zwiększonej pojemności, zakręcane extra mocno, zawinięte potrójną folią i zaklejone taśmą. Z wyśmienitą, swojską, domową zawartością… Właśnie wylądowały i jeszcze drżą w luku bagażowym. Warszawska wersja słoików ewoluowała i w nowym, lepszym wydaniu dotarła do Wielkiej Brytanii.

O co chodzi ze słoikami? Myślę, że każdy jakieś tam pojęcia na temat ma. Z pewnością spotkaliście się już z tym określeniem gdzieś w mediach. A może na własnej skórze doświadczyliście… odgłosu stukającego o siebie szkła w plecaku (to chyba jest normalne), albo intensywnego zapachu swojskiej kiełbasy w wypchanym po brzegi autobusie. Pal licho, jeżeli zdarza się to przy wietrznej pogodzie i otwartych oknach. Jakoś to człowiek przeżyje. Ale jeżeli przytrafi Ci się w godzinach upalnego południowego szczytu, w towarzystwie klimatyzacji, która akurat wysiadła… Nie polecam. No, chyba że ktoś ekscytuje się takimi sprawami. Tak wygląda kwestia słoików w Warszawie i we wszystkich większych polskich miastach. No i OK, przyznaje się… Ja sam przywoziłem na studiach z domu produkty od razu gotowe do spożycia. I to nawet dużo ich przywoziłem. To były fajne czasy. Zwłaszcza jak siedziało się na torbie, w autobusie, a wszyscy obok zachowywali dyskretną odległość. Na tyle oczywiście, na ile otoczenie im na to pozwoliło.

Tutaj, na wyspach jest od groma polskich sklepów. Co ciekawe, wszystkie mają głównie ten sam towar. Rzadko kiedy zdarza się, żeby jeden z nich odbijał asortymentem od innych. Mało tego, każde TESCO, czy Lidl posiada w swoim zaopatrzeniu polską półkę z ogórkami kiszonymi, polską śmietaną, pierogami, kiełbasą i śledziami. W każdym takim sklepie dostaniesz też polskie piwo. A więc wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia.

Ale, to oczywiście nie to samo… Nic z tych produktów nie zastąpi starej dobrej połówki świni, która jak się skuli, to nawet i do torby podręcznej wejdzie. Kaszanka, szynka, krakowska, zwyczajna, a nawet świeża, polska wątróbka z prawdziwej, polskiej świni… Słowem, wałówka ze wszystkiego, co pani w mięsnym miała pod ręką i nie zdążyło już uciec. Ale, przecież nie samymi kiełbaskami żyją Polacy na emigracji, a więc chleb (ten prawdziwy – z Polski, a nie pompowana, kwadratowa bułka do tostera), jabłka, gruszki, pomidory, kapusta. To wszystko znajdzie swoje miejsce w luku bagażowym, obok wszelkiej maści grzybków, dżemów i miodu. Na swoją obronę powiem, że świnię, to już sobie odpuściłem. Kiełbasy i chleba też (raczej) nie zabieram. No, czasami zdarzy się, że coś sobie skubnę na drogę. Tak symbolicznie. Ale miód… Miodu chyba nigdy nie będę w stanie sobie odmówić. A więc, zawsze jakiś słoik w mojej torbie się znajdzie. Nawet teraz, w czasach, kiedy prywatne pasieki z Polski, prosto z Białowieży, oferują wysyłkę za granicę. Wciąż nie jestem w stanie zrezygnować z tej małej słodkości, dla której zawsze znajdzie się miejsce w brzuszku (jak widać na zdjęciach w innych działach).

No, ale jeżeli ktoś decyduje się na wyżej wspomnianą świnię, musi się liczyć z nieprzewidzianymi wypadkami. W końcu, nawet i świnia może dać nogę z walizki. Dzieje się tak głównie na lotniskach, kiedy ochrona w głowę zachodzi, dlaczego prześwietlając bagaż na ekranie pokazuje im się zwierzyna hodowlana. Przykład. Jeden z moich dobrych znajomych – Polak, dość często odwiedza kraj rodzinny. A lata tam głównie po zaopatrzenie. Co ciekawe, wszystko, co nie nadaje się do zjedzenia (od butów, przez szczoteczkę do zębów, a skończywszy chociażby na elektornice) pakuje w Polsce i wysyła kurierem. Do samolotu zabiera zaś tylko i wyłącznie prowiant. No i zdarzyło mu się raz, w Belfaście, po przylocie, że ochrona (zaintrygowana obrazem na monitorze), nakazała przeszukanie bagażu. Na domiar złego, jak mi później sam tłumaczył, okazało się, że na tym konkretnym lotnisku ogłoszono specjalny alarm dla żywności przewożonej z… Afryki. Tłumaczyłem im – opowiadał mi – gdzie Polska, a gdzie Afryka leży! Nie przeszło! Uwzięli się i cała świnia poszła się utylizować!

Wracając do głównego tematu, tak na sam koniec, w ramach podsumowania. Jaka jest różnica pomiędzy słoikami warszawskimi, a londyńskimi? Osobiście odnoszę wrażenie, że kwestia warszawska dotyczy zwykłej (tudzież niezwykłej) oszczędności. Bo nie wierzę, że w Warszawie nie ma porządnych mięsnych na osiedlu. Słoiki, które zawędrowały do Wielkiej Brytanii pełnią trochę inną funkcję – emocjonalną. Polacy chyba tęsknią. Tęsknią za językiem, za domem, za dobrymi czasami, a już na pewno za normalnym jedzeniem. I wydaje mi się, że po prostu, im większa tęsknota, tym zwyczajnie bardziej wypchana walizka.

bagaz

TAG
PODOBNE WPISY
  • W kwestii słoików czuję się ekspertem, mieszkam w Warszawie i regularnie dostaję słoiki z Biłgoraja. W rekordowej przesyłce – wysłanej biłgorajskim PKSem – otrzymałem 36 sztuk słoików. Gdybym mieszkał w Londynie myślę, że byłoby ich jeszcze więcej.

    • Ale to jest właśnie w tym wszystkim najlepsze! Ja sam, jeżeli tylko mogę, składam telefoniczne zamówienie przed przylotem do kraju na tradycyjny polski obiad. W sumie, to rzadko ostatnio tam bywam, ale zawsze warto zajrzeć. Chociażby na chwilę 🙂

Close