Inshowen
Marcin Kowal
Marcin Kowal
Ciekawy świata

Grianan of Aileach Cz. I – zimowa wizyta

Autor dnia :-)
Irlandia-1500x900

ciekawyswiata.com.pl

Kiedy mieszkasz w Irlandii (albo w Irlandii Północnej) czasami nachodzi Cię ochota zwyczajnie wyskoczyć gdzieś w ciemno. Jeżeli jeszcze masz chwilę wolnego czasu, samochód pod ręką i ponad trzy czwarte zatankowanego baku, ciężko znaleźć wymówkę, żeby siedzieć w domu. No, chyba, że pogoda da ciała i poprószy odrobiną… śniegu. Tak, w Irlandii (tej północnej) zdarza się, że w zimie pada śnieg. Wszyscy, łącznie z drogowcami, kierowcami, pracownikami sektora prywatnego i państwowego zdają się być pod ogromnym wrażeniem takiej sytuacji. Korki na ulicach, stłuczki samochodowe, połączone z urazami kończyn górnych i dolnych, są wtedy na porządku dziennym. W skrócie, mamy do czynienia z jednym, wielkim chaosem w miastach. Pod naporem dziesięciocentymetrowej warstwy śniegu zamykane są szkoły, banki i sklepy. Pociągi stają, taksówki nie kursują, komunikacja miejska zamiera, a szpitale wypełniają się po brzegi ofiarami pierwszego (i z reguły ostatniego) śniegu. Drogowcy nie wiedzą, w co ręce włożyć, więc chowają je do kieszeni i stoją bezradnie w okolicach zakorkowanych rond, spokojnie obserwując i czekając na rozwój sytuacji. Tak, dokładnie – spokojnie. W obu Irlandiach nikt się nie denerwuje. Stres i nerwy źle działają na ludzi. A już na pewno na kierowców… No, ale nie do tego zmierzam.

Skupmy się na jednym z takich właśnie dni, kiedy to śnieg spadł na ulicę z wielką pompą i w towarzystwie czarnych, siermiężnych chmur, przez nikogo nieoczekiwany i niezapowiadany. My akurat mieliśmy wolne i byliśmy w trakcie jednej z krótkich, okolicznych wypraw w ciemno. Wyjechaliśmy z naszego małego Derry, przekroczyliśmy granicę, dotarliśmy do hrabstwa Donegal i zaczęło się… Najpierw deszcz. Irlandia – pomyślałem, normalne, pewnie przejdzie. Nie przeszło. Nawet nasiliło się. Później usłyszeliśmy stukanie w szybę i dach. „Grad?”, zapytaliśmy jednocześnie z moją żoną. Ale chwilę później przewiało deszcz… przegnało grad… i spadł śnieg. Biały, puszysty śnieg na mokrym asfalcie. No i natychmiast korki, no i od razu źle. Z lewej i z prawej wszyscy na czterech kółkach ślizgali się, jak na sankach. I chyba tylko my dwoje ucieszyliśmy się tym, że w Irlandii pada śnieg! Nie było zmiłuj. Powoli… wolno… strasznie wolno… tak wolno, że na piechotę z pewnością byłoby szybciej, podróżowaliśmy naszym autem. Przesuwająca się kolejka samochodów dotarła do niewielkiej irlandzkiej miejscowości Bridge End – dwa domy, dwie stacje paliw i z pięć restauracji, ale jaka ładna nazwa. Później było już trochę szybciej. Drogą N13 przejechaliśmy około trzy (może cztery) kilometry, kiedy ponownie rozpoczęły się zabudowania (no, nie powiem, tym razem, jednorodzinnych domków było więcej – cztery, gdzieś w polu piąty, a wszystko w jedną całość łączył świeżo wybudowany kościół). Co za tym idzie? Korki. Za zabudowaniami, nieważne jakimi, zawsze wloką się korki. „Patrz!”, moja Gocha zwróciła uwagę na brązową strzałkę, sugerującą, żebyśmy wyłamali się z tej procesji i skręcili w bardzo niepozorną uliczkę. Brązowe strzałki zawsze oznaczają coś, co warto z jakiegoś powodu zobaczyć. Często wiąże się to z kulturowymi zabytkami regionu, muzeami, tudzież innymi lokalnymi atrakcjami, które warto odwiedzić. Czasami można też trafić na puste pole z tablicą informującą, że tu, gdzie teraz rośnie pszenica, kiedyś stał dom, ale spłoną… A Ty brnąłeś kilka mil po roli, żeby zobaczyć pamiątkową tablicę. Istniało spore ryzyko, że w tym wypadku może być, jak z tym domem. Nazwa z tablicy też nam nic nie mówiła, bo kto wie, co to jest Grianan of Aileach. No, ale… pojechaliśmy w to pole.

Samotnie, na wzgórzu, w pewnej odległości od cywilizacji (jak w wielu punktach w Irlandii), wznosi się kamienny, pięciometrowy krąg. Właśnie tam zaprowadziła nas mała, niepozorna, brązowa tabliczka. Mało tego. Okazało się, że zimą (ciężką i srogą) miejsce to odcięte jest od zwiedzających żelazną barierką. Bramy tej samochodem sforsować się nie da, ale pieszo ominąć, jak najbardziej. Po pokonaniu około dwustu metrów pod górę (w warunkach, jakich opisałem wcześniej), moja żona zapragnęła mojej śmierci. To ja przecież wyciągnąłem ją z ciepłego wnętrza samochodu. To, co zobaczyłem u kresu naszej wędrówki, zrekompensowało wszystkie groźby i zapoczątkowało szereg zmian w moim życiu… Ten kamienny fort wbił się w moją wyobraźnię, a ja za wszelką cenę postanowiłem dowiedzieć się, skąd (u licha) po środku NICZEGO, wzięło się coś takiego!

Na dzień dzisiejszy, zamieszczam zdjęcia z tamtej krótkiej wyprawy, żeby każdy mógł na własne oczy zobaczyć, co i my zobaczyliśmy. Do dnia dzisiejszego zdążyłem już dowiedzieć się czegoś więcej o tym, tak tajemniczym miejscu. A co dokładnie wiem, opowiem wam w nieco innej formie, w następnej odsłonie!

kamienny-krag-1500x900

ciekawyswiata.com.pl

TAG
PODOBNE WPISY
Close