Deszcz

Ten wpis nie jest ani zabawny, ani śmieszny. Jest za to bardzo osobisty i wywołuje u mnie ścisk w gardle, przez który oczy wilgotnieją i policzki robią się głupio czerwone.

I poświęcony jest dla przyjaciela – Franciszka Piątkowskiego.

Franek

– „Mów mi Franek” – powiedział kiedyś starszy mężczyzna, do którego zdecydowanie nie wypadało zwracać się na „Franek”.
– Ale jak to… panie Redaktorze.
– Żaden tam redaktor, cholera – mów mi po prostu Franek. Ja Ci będę mówił Marcin.
– No dobrze… Franek.

Tak się poznaliśmy. Są na świecie ludzie, którzy potrafią zaszczepić innym ciekawość świata. No i Franek właśnie zrobił to dla mnie. Zaprosił do swojej redakcji. Wiadomości Uniwersyteckie na 16 piętrze najwyższego budynku w Lublinie (dla tych, którzy będą się sprzeczali – tak, najwyższego). Tam nawet winda nie dojeżdżała. Ostatni kawałek drogi do redakcji, trzeba było pokonać schodami. Na tym dachu świata siedzieliśmy do późnych godzin nocnych. Paląc papierosy (których nie można było palić), debatowaliśmy o najważniejszych sprawach tego świata… czy ekspres do kawy zabija kawę?

Franek był bajkopisarzem. Takim prawdziwym, który spowity chmurą tytoniowego dymu, zerka na ludzi przez okulary, lekko pochylając głowę. Uśmiecha się i już widzi w człowieku coś, czego człowiek sam nie widział. Wyciąga to na światło dzienne… przygląda się… trochę szturchnie… coś tam mruknie, doda skrzydeł i usunie się na bok, żeby to, co dobre – dalej mogło się już samo rozwijać.

No i dla wszystkich trzymał w kieszeni drugą szansę. A gdy ta się kończyła, dawał im trzecią, czwartą… Piątej chyba nie brałem, ale pewnie i tak mi ją dał, chociaż o tym nie wiem. Był też motaczem tłumów i serc. Oj, potrafił poruszyć serca i omotać tłumy. A ja byłem jednym z tych, którzy mu uwierzyli i zawsze go podziwiali. Nawet wtedy, kiedy kilka lat temu nasze drogi rozeszły się… siłą rzeczy i przez codzienność życia.

Franek zawsze był i będzie w mojej pamięci. Ostatnio nawet zagościł w moich snach. Jeszcze przed urlopem. A kiedy na chwilę odwiedziłem Polskę, przemknęła mi przez głowę myśl, żeby jakoś się z nim skontaktować. Pogadać. Zapytać, jak się ma. Ale nie było jak… Brak telefonu… Brak adresu… Brak czasu… Coś stanęło na drodze. Gdybym się tylko trochę bardziej postarał. Trochę bardziej.

Byłem, jestem i zawsze będę mu coś winien. Wiele Frankowi zawdzięczam. Ale nie ja jedyny. Ten człowiek wychował całe pokolenie ludzi, którzy siedzą gdzieś tam teraz i skrobią na klawiaturze kolejne strony wielkich i małych tekstów. Jego nauki pchały w humanistyczną stronę i wpajały do głowy, żeby człowiek robił to – co, prawdziwie lubi. Bo ktoś inny to zrobi, a my będziemy tylko stali obok. Mówił jasno, że życiem trzeba żyć i motywował do tego, jak mało kto. Resztą tak bardzo się nie przejmował. I to od niego kiedyś usłyszałem: Wiesz Marcin, humaniści z reguły mają w życiu przerąbane, ale nikt z kolei nie ma życia tak bogatego, jak humanista.

A przed chwilą dowiedziałem się, że nie żyje.

.
.
.
.
.
.

Tak, po drodze spotykamy różnych ludzi. Ja to wiem, każdy to wie. Tylko, że tacy, jak Franek – trafiają się rzadko. Bardzo rzadko. I jeżeli udało Wam się kogoś takiego poznać, to znaczy, że macie w życiu cholernie dużo szczęścia.

Dziękuję

Fot. www.teatrnn.pl/historiamowiona

TAG
  • Justyna Abramek

    Właśnie to jest ważne żeby spotykać ludzi mądrych od których możemy się wiele nauczyć, którzy pokażą nam i wytłumaczą o co w życiu chodzi. Miałeś więc dużo szczęścia. PS Bardzo dobry tekst mimo smutnych okoliczności.

  • Miałeś ogromne szczęście poznać Franka i w Twoim sercu będzie zawsze. Strata jest bardzo bolesna, gdy odchodzą najbliżsi. Mój synek miał 15 lat, gdy odszedł do świata aniołków. Franek zawsze będzie przy Tobie dopóki, Ty będziesz miał go w swoim sercu i myślach. Przykro mi bardzo, że tak się zdarza, ale takie jest życie…pozdrawiam Cię bardzo serdecznie…zycieipodroze.pl…

Close