Zawiłości językowe
Trochę Kultury

Z cyklu: rozmowy polsko – brytyjskie. Zawiłości językowe

Autor dnia :-)

konwersacja

Język angielski komplikuje życie. Sam w sobie zbyt skomplikowany nie jest… Ale weź tu spamiętaj całą gramatykę i używaj jej właściwie we właściwej sytuacji. A przecież, nie samą gramatyką żyje człowiek. Dochodzi chociażby słownictwo, które wpajać sobie trzeba każdego dnia. Bez niego nie wypłyniemy na szerokie wody konwersacji. Bo jak długo jesteśmy w stanie powtarzać YES i OK? Prędzej czy później staniemy przed potrzebą uzupełnienia tych wypowiedzi o coś więcej.

Czasami jednak człowiek dochodzi do wniosku, że jeżeli już pracuje w obcojęzycznym środowisku, to dobrze by było, gdyby nie tylko On uczył się nowego języka. Zresztą, Brytyjczycy (Irlandczycy też), w ramach ciekawostki, bardzo chętnie przyswoją polskie słownictwo…..

Słownik

Tak. Pewnego pięknego dnia (na tyle pięknego, na ile jest to możliwe w Irlandii Północnej), mój znajomy doszedł właśnie do powyższych wniosków. A, że pracował na kuchni, pomyślał – Czemu nie nauczyć Irlandczyków prostego, kuchennego, polskiego nazewnictwa? Jak pomyślał, tak zrobił. Zaczął od masła. I to był błąd…

– Wie szef, jak powiedzieć butter (masło), po polsku? – zapytał pewnego pięknego dnia Irlandczyka w pracy.
– Nie – odpowiedział mu właściciel firmy, w której ów Polak pracował.
– M-A-S-Ł-O – przeliterował kolega. – Masło!
I wtedy właśnie właściciel firmy eksplodował śmiechem. Śmiał się tak, jak przeważnie śmieją się Irlandczycy – głośno, wyraźnie i bez szansy na uspokojenie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ten konkretny osobnik rzadko kiedy uśmiechał się publicznie.  A tu nagle – taka reakcja. I to wszystko przez… masło?
– Coś ty mu powiedział??? – zapytali kolejni Irlandczycy chwilę po tym, kiedy ich szef wytoczył się z kuchni, rycząc przy tym jak młody jeleń.
– Chciał wiedzieć jak się mówi masło po polsku. To mu powiedziałem.
– No i jak się mówi? – pytali dalej.
– M-A-S-Ł-O.
– Naprawdę???? Ashole?!
Ashole wymawia się podobnie, jak nasze polskie masło, a w dosłownym tłumaczeniu oznacza po prostu – dupek.

OK

Na maśle się, niestety, nie skończyło.
Minęło kilka dni…

I jak to na kuchni bywa im bliżej weekendu, tym więcej pracy. Im więcej pracy – tym większe zmęczenie. A im większe zmęczenie… tym większe nieporozumienie. Pech chciał, że ten sam kolega, po dwunastu godzinach pracy, zataczając się lekko na nogach rzucił w przestrzeń coś, co w tamtym środowisku nie miało większego sensu. „Być albo nie być… oto jest pytanie!” – zacytował Hamleta na głos i jak gdyby nigdy nic – wrócił do pracy. No i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że pewna Irlandka stała całkiem niedaleko i usłyszała niefortunną wypowiedź.

– Jak mnie nazwałeś? – zapytała.
– Być, albo nie być…? – powtórzył nasz znajomy, lekko zmieszany.
– To bardzo, ale to bardzo niegrzeczne – naskoczyła na niego.
– Ale jak to, Szekspir?
– Jaki Szekspir???! Nazwałeś mnie……. (i tu padło kilka niecenzuralnych słów).

Tak, w irlandzkich uszach polskie być brzmi zupełnie inaczej. Kto wie, ten wie. Kto nie wie, ten – mam nadzieję – domyśla się i będzie uważał. W każdym bądź razie, trochę czasu upłynęło, zanim Irlandczycy dali się przekonać do szekspirowskich fraz.

Brytyjczycy, Irlandczycy i Amerykanie są baaardzo otwarci na nowe słownictwo. To, co najbardziej ich interesuje (niewiedzieć czemu), to tradycyjne polskie przekleństwa. Tak. W tej chwili już chyba każdy Brytyjczyk wie, jak to wszystko wymawiać i co oznacza. Irlandczyk – podobnie. Ale Amerykanie – chyba nie do końca. Zwłaszcza, pewna Amerykanka, którą swego czasu poznałem na Alasce…

Pracowaliśmy wszyscy w przetwórni łososi. Lepszego wyboru na Alasce za bardzo nie ma. I tak… Polacy, Ukraińcy, Rosjanie… Słowem, cała Europa Środkowa, Środkowo-Wschodnia, Wschodnia i część Azji. U nas w grupie władzę przewodnią trzymała Alice, która za wszelką cenę chciała zaprzyjaźnić się z Polakami. Pierwsze o co spytała, to jak mówi się po polsku… szybciej… przerwa, no i oczywiście – jak się porządnie przeklina? Dowiedziała się, że szybciej… to zwyczajnie – szybciej (tutaj jakoś nikt nie kłamał). Przekleństwo zaś – najgorsze z możliwych (i najtrudniejsze dla niej do wypowiedzenia), to…… rower! Przerwa – jak brzmi, też ktoś jej powiedział. Tylko najwidoczniej pomylił odrobinę pojęcia. Od tamtej pory, przez ponad tydzień rodowita Amerykanka krzyczała tylko: szybciej rower! I klęła w najlepsze – kiedy ogłaszała przerwę.

rower

Pewnych nieporozumień zwyczajnie, nie uniknie się za granicą. Pewne kwestie brzmią podobnie, pomimo, że znaczenie mają już trochę inne. Cóż, a z językiem bywa tak, że czasami wręcz wypada się niego odrobinę ugryźć.

Follow

TAG
PODOBNE WPISY
  • Arcydzielna

    Chyba każdy kiedyś miał jakieś wpadki językowe za granicą, ja jeszcze w podstawówce za kolonii nie rozumiełam słowa „smoke” więc gdy mnie jakaś dziesięciolatka zapytała czy palę odpowiedziałąm ze: tak! bardzo lubię smoki… ;D
    Zabawny tekst, poprawia humor przed wyjsciem do pracy, pozdrawiam! 😉

    • Tak, nie ma to jak wpadki językowe 😉 Zaliczam je bez końca! 😀
      Ale SMOK jest cool! 😀

  • Nature by Me

    Nie wiem, co oni mają z tymi przekleństwami :). Kiedyś nauczyłam Brytyjczyka słowa ‚konstantynopolitańczykiewiczówna’. Ja mam do tej pory problem, żeby to powiedzieć, o on robił to bez problemu :). Ale ogólnie miał niezwykły talent do języków, powtarzał wszystko i większość pamiętał! Tylko pozazdrościć.

    • Wiem co masz na myśli 😀 Zwyczajnie zazdroszczę ludziom, którzy mają talent do języków. Musiałem stać daleko w kolejsce, kiedy ta działka była rozdzielana 😛

Close