USA
Nie na Temat

A może USA?

Autor dnia 24 kwietnia 2016

Otwarte granice sprzyjają emigracji. Kiedyś, żeby przekroczyć granicę, trzeba było się porządnie napracować. Pozwolenie na pracę, wiza, sprawdzanie na granicy, paszport i pieczątka w środku. Dopiero wtedy człowiek mógł legalnie wkroczyć na teren obcego państwa. A nawet i wtedy można było wpaść w ręce policji, która miała prawo wylegitymować cudzoziemca i w każdym, podejrzanym dla nich momencie skierować do wydalenia za granicę. Hm… W sumie, to poza Europą, dalej tak jest. Weźmy takie Stany Zjednoczone na warsztat. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że współcześnie łatwiej jest się tam dostać, niż kiedyś. Mamy dwa rodzaje wiz do upragnionej Ameryki: imigracyjne i nieimigracyjne. Prościej jest oczywiście otrzymać wizę nieimigracyjną. Dokument, który uprawnia Cię do – uwaga, uwaga – starania się o tymczasowy wjazd na teren tego państwa. Jak to rozumieć? Każdy, kto był w ambasadzie Stanów Zjednoczonych i przeszedł wstępną rozmowę z amerykańskim urzędnikiem, otrzymuje piękną, kolorową wizę w paszporcie. Ale nie oznacza to, że bez problemu przekroczymy granicę. Wszystko może się wydarzyć. Uzupełniony paszport mówi jedynie, że urzędnik konsularny nie widzi przeszkód, które uniemożliwiłyby obywatelowi państwa polskiego wkroczenie na teren USA. Urzędnik państwowy, którego spotkamy po drugiej stronie oceanu, kiedy wysiądziemy z samolotu, może już taki problem zauważyć. Coś, co dla nas będzie standardem, dla niego może być czymś, co uniemożliwi nam przejście przez bramkę. Co się wtedy dzieje? Wracamy do Polski. Pierwszym samolotem. Na bliżej nieokreślone lotnisko. Jeżeli ktoś leciał około dziesięć godzin z Warszawy, wysiadł na miejscu i nie otrzymał zgody na opuszczenie lotniska, wracać może np. do Szczecina, Wrocławia, czy na każde inne polskie lotnisko. I nie ma zmiłuj.

samolot

Zanim wyjechałem do Wielkiej Brytanii, staraliśmy się z żoną o wizę do Stanów Zjednoczonych. Po zakończeniu studiów, rozpoczęliśmy dodatkową naukę w szkole policealnej. Wszystko po to, żeby skorzystać z programu Work&Travel – wiza J1. Trzy miesiące pracy w USA i czwarty na zwiedzanie. W dniu, w którym wybraliśmy się do Warszawy i wkroczyliśmy na temat ambasady, ubrany byłem jak na rozmowę kwalifikacyjną. Koszula, garnitur, krawat i perfumy. Perfumy nie sprawdziły się już w busie, ściśnięty z dwóch stron, zdążyłem się niemiłosiernie spocić. Próba zamaskowania naturalnego zapachu sztucznymi perfumami… nie dała właściwego rezultatu. Na szczęście, urzędnicy czekali na nas za szybką. Ktoś szepnął, że szkło jest kuloodporne (tak na wszelki wypadek), więc doszedłem do wniosku, że pewnie i zapach się nie przeciśnie. Siedząc na czerwonych krzesełkach, czekaliśmy wszyscy w kolejce. Twarze osób, które opuszczały salę rozmów niewiele nam mówiły… Nikt nie wiedział, co o tym myśleć. Dowiedzieliśmy się wcześniej, że ta rozmowa to formalność. Zresztą, już raz byłem w Stanach – krótko i na Alasce. Wtedy, takie spotkanie rzeczywiście było formalnością. To było wtedy, a teraz… nastał mój czas i z przyklejonym do twarzy uśmiechem ruszyłem przed okienko. Urzędnik za szybką również się uśmiechał. W głowie cały czas kotłowały mi się instrukcje, jakie otrzymaliśmy od jednego z pracowników naszego biura.
…uśmiechaj się… szczerze… szczerz się, nawet jeżeli coś boli…
…odpowiadaj TAK
…nie mów za dużo
…nie żartuj… nie żartuj na temat USA… a już na pewno nie żartuj na temat terrorystów!
…i na zakończenie – powiedział do całej grupy – historia pewnego Leszcza (tak – Leszcza – tak słyszałem, tak piszę). Na pytanie – dlaczego jedziesz do USA?, z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział, że przecież nie po to, żeby coś wysadzić………. Urzędnik dyskretnie wezwał ochronę, która wyprowadziła Leszcza z ambasady. Nie żartujcie, jeżeli nie potraficie – dostaliśmy ostatnie zalecenie.

A więc, spocony, zestresowany i ciągle uśmiechnięty stanąłem przed szybką.
– To dlaczego chcesz lecieć do Stanów? – usłyszałem pytanie.
– …….. – zamurowało mnie. Nie pytanie. Pytanie było proste. Prostszego zadać się chyba nie dało. Problem polegał na tym, że jedyne co miałem w głowie, to historię Leszcza. Opowieść sprzedana nam przez naszego opiekuna zagnieździła mi się w głowie do tego stopnia, że nie byłem w stanie stworzyć nic innego.
– Bo chcesz lecieć do Stanów, taaaak? – urzędnik zapytał ponownie, kiedy ja nic nie mówiłem.
– Tak! – wystrzeliłem odpowiedź.
– No to jesteśmy w domu. Powiedz jeszcze dlaczego – uśmiechnął się. Teraz wiem, że chyba chciał mnie rozbawić i podnieść na duchu. Ale wtedy tak tego nie widziałem…
– Oczywiście. Dlatego tu jestem. Zawsze chciałem zobaczyć Stany Zjednoczone…
– Ale przecież już tam byłeś. Widziałeś.
– Tak, tak – zmieszałem się lekko. Nie szło mi najlepiej. – Ale wtedy byłem na Alasce i tylko przez miesiąc.
– I jak, podobało Ci się?
– Tak, bardzo. Dlatego chciałbym zobaczyć więcej.
– OK, a z kim lecisz?
– Ze znajomymi. Cała ta grupa leci – pokazałem palcem za siebie. Z żoną pobraliśmy się dwa tygodnie wcześniej. Więc automatycznie podłączyłem ją do grupy znajomych… – to był błąd, który szybko sobie uświadomiłem i spróbowałem naprawić. – Z żoną lecę!
– Z żoną? A jest tutaj?
– Taaaak – odwróciłem się, w poszukiwaniu świeżo poślubionej małżonki i odnalazłem ją wzrokiem przy innym okienku. Była blada i patrzyła na mnie. Coś było nie tak. – O tam stoi – pokazałem palcem.
Urzędnik odsunął się od okienka, a za jego plecami pojawił się młody chłopak, który przyniósł mu jakiś paszport. Uchwyciłem tylko jego fragment. Nie zauważyłem, ale miałem przeczucie, że dokument należy do mojej żony. Nie myliłem się. Krótka konwersacja za szybką odbyła się bez mojego udziału. Mikrofon został wyłączony i widziałem tylko ruszające się usta. Taka sytuacja nie wróżyła nic dobrego.
– Słuchaj Marcin – mikrofon i głośnik włączyły się chwilę później. – Nie dostaniesz wizy.
– Ale… dlaczego?
– Nie spełniasz wymogów. Powinieneś być przynajmniej na drugim semestrze w swojej szkole, a jesteś na pierwszym. Nie mam gwarancji, że wrócicie z żoną do kraju…
Nie było żadnego tłumaczenia. Odszedłem od okienka biały, jak otaczające mnie ściany. OK, myślałem szybko. Jeżeli moja żona dostała wizę, a ja nie, to co dalej zrobimy? Poleci sama? A jak nie, to czy oddadzą nam pieniądze za program? Podchodzę do niej i widzę, że jest równie przestraszona, jak ja.paszport
– Marcin… – powiedziała cicho. – Nie dostałam wizy.
– Ja też nie.
– Co??? Ale dlaczego???
– Bo nie spełniam wymogów formalnych. Ale wydaje mi się, że to przez to, co powiedziałem. Wyleciało mi z głowy, że jesteśmy małżeństwem i próbowałem mu wmówić, że lecę tylko ze znajomymi.
– Marcin….. ja też tak zrobiłam. Powiedziałam, że jesteś moim znajomym, zanim przypomniałam sobie, że to już się zmieniło! Ale mi też wspomniał o tych wymogach formalnych. Pierwszy semestr nie wystarczył…

Na koniec okazało się, że mieliśmy więcej szczęścia, niż myśleliśmy. Tego dnia, na jakieś trzydzieści osób, starających się o wizę, odpadło jakieś dwanaście. My automatycznie otrzymaliśmy zwrot pieniędzy (pomniejszony o kilkanaście złotych). Ale były też takie pary, w których jedna osoba otrzymała wizę, a druga nie. W tej sytuacji, zwrot formalnie przysługiwał tej stronie, która została odrzucona przez konsula. Partner, tudzież partnerka albo decydowali się na samotną podróż, albo nie otrzymywali zwrotu, gdyż rezygnacja odbywała się na własne życzenie. I na to trzeba uważać. Zawsze dopytać w biurze, co dzieje się z waszą inwestycją w takiej sytuacji.

My, jak to my. Jakoś przełknęliśmy oddalającą się wizję wizyty w USA. Zresztą, mieliśmy zakaz starania się o wizę przez cały następny rok. I już tak bardzo nam się do tego nie śpieszyło. Na plan pierwszy wysunęła się Wielka Brytania… W gorszej sytuacji postawieni zostali nasi znajomi. Obydwoje otrzymali wizy turystyczne. A lecieli akurat do mamy jednej ze stron. Do Chicago – tak konkretnie. Wsiedli do samolotu… Przelecieli dziesięć godzin… Wysiedli na lotnisku… Zmęczeni, ale uśmiechnięci przedstawili paszporty przy kontroli i… On przeszedł bez problemu. A ją – zatrzymali. Bagaż sprawdzili. Zadali szereg dziwnych i niełączących się pytań, a następnie odmówili wstępu na amerykańską ziemię i wysłali pierwszym samolotem do Polski. Tak. Mój znajomy został w USA sam na sam z przyszłą teściową przez kilka dobrych miesięcy. I teraz poważnie. Pomyślcie chwilę i odpowiedzcie – które z nich było bardziej zestresowane?

Wuj Sam

Wyjazd do USA jest wyjazdem z pewnością ciekawym. Ale okraszony jest wieloma stresującymi sytuacjami. To nie to, co podróżowanie po Europie. Ale – warto spróbować. Ja przynajmniej zamierzam. Zawsze chciałem tam polecieć… Może nie na całe życie, ale na jakiś czas – na pewno

Follow

TAG
PODOBNE WPISY
  • A wiesz może jak to wygląda, gdy ma się dalszą rodzinę w USA? Bo w sumie ciekawi mnie ten temat, ale jakoś nigdy go nie zgłębiałam 🙂

    • Jeśli ubiegasz się o turystyczną (na 10 lat, możliwość wielokrotnego wjazdu), nie masz męża i dzieci, to lepiej się nie przyznawaj do rodziny, bo pomyślą, że chcesz tam wyemigrować i zostać. 😛

      • Dziękuję 😀 Dobrze wiedzieć na przyszłość ^^

      • O taaaak… ryzykowny interes, ale urzędnicy to też ludzie 😉 Myślę, że biorą pod uwagę, iż nie wszyscy chcą uciec do USA. Ja przynajmniej w to wierzę 😀

        • U nas „rozmowa” trwała 3 minuty. Miałam przygotowane całe story, co i gdzie będę zwiedzać, itd.. A pan urzędnik tylko potwierdził, gdzie pracujemy i czy jedziemy turystycznie i koniec – wiza do odbioru za kilka dni, dziękuję. Natomiast w sąsiednich okienkach ludzie rzeczywiście opowiadali jakieś historie życia.

    • Ponoć rzeczywiście trzeba z tym tematem uważać. Ale jedno jest pewne – warto próbować! 😉

  • Ola

    Jesteś pierwszą osobą, o której słyszę z takimi przygodami i na dodatek z przygodami znajomych 🙂 A znam wiele osób z wizami, ubiegającymi się, jeżdżącymi. Rodzice mojego znajomego raz dostali odmowe bo brat ojca przebywał nielegalnie w USA, ale już za drugim razem bez problemu dostali. Znajomy od wielu lat mieszkający w USA (legalnie) mówi że naprawdę trzeba mieć coś „za uszami” żeby zawrócili już z lotniska w Stanach. Pechozol straszny 🙂

    A do wszystkich starających się o wizę turystyczną: nie bać się, nie ściemniać, mówić prawdę.

    • Ja to nazywam przezznaczeniem:P Teraz siedzę sobie w spokoju w Irlandii Północnej. A kto wie, gdzie bym był, gdyby to wsystko się udało 😛

      • Ola

        No jasne 🙂 Dobre podejście :-))

Close