Szkoła dominikańska
Ocean i statek
Portstewart
Ciekawy świata Video

5 minut w Portstewart

Autor dnia :-)

Statek w Portstewart

Słońce na terenie Irlandii (wszystko jedno Północnej, czy Południowej) to prawdziwy rarytas.  Jego obecność sprawia, że każdy wychodzi na zewnątrz, podziwiać to niecodzienne zjawisko. A co się dzieje, kiedy promienie słoneczne przebiją się przez chmury w grudniu? Słoneczny dzień w okresie zimowym (teoretycznie zimowym) jest wręcz irlandzką anomalią pogodową. Niektórzy powiedzą, że przesadzam, ale ja swoje widzę i wiem. Taka właśnie anomalia nawiedziła nas w pewien grudniowy poranek. A jako, że był to dzień wolny od pracy i wszelkich obowiązków, siedliśmy sobie spokojnie przy stole w kuchni. Kubki z kawą parowały, a my zastanawialiśmy się, jak ten dzień wykorzystać. Najlepiej byłoby gdzieś pojechać. Zobaczyć coś nieznanego, chociażby przez chwilę. Tylko co?

Zwinąłem z pokoju mój słynny już irlandzki atlas drogowy i… Bęc! Losowo wybraliśmy stronę, a później pineska poszła w ruch. No i trafiła… Nie za pierwszym razem. Najpierw zaliczyła stół, a dopiero później… Portstewart. Niecałe dwie godziny drogi od Derry. Ale co to jest Portstewart? Miasto? Wieś? Port Stewarta? Wieś raczej nie. To coś za dużego, jak na wioskę. Czyli sam port też odpada. A więc miasto. No, powiedzmy – miasteczko. Zanim wyjechaliśmy, sprawdziliśmy co takiego Google i Wikipedia wiedzą o Portstewart. Wikipedia jest przekonana, że coś takiego istnieje (to dobry początek). Naliczyła nawet, że w 2010 roku mieszkało tam prawie dziesięć tysięcy osób. I to wszystko. Szperając po Google zobaczyliśmy zdjęcia… Lepsze, gorsze, a na nich Przyklasztorny College Dominikański (tak głosił podpis) w budynku z XIX wieku… wiszącym na skarpie, tuż przy oceanie. Hej, nie jest źle! Wątpliwe było, żeby ktoś wpuścił nas do samej szkoły. W tym kraju raczej nie wpuszcza się obcych do takich miejsc (nawet jeżeli wchodzą tam z kamerą… a może zwłaszcza takich). Doszliśmy do wniosku, że warto zaryzykować i na miejscu dowiemy się czegoś więcej.

Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Zwłaszcza, że dobra pogoda wciąż się utrzymywała. A to mogło się zmienić w każdej chwili. Obowiązkowo, kanapki na drogę i wio! Co wydarzyło się po drodze? Kanapki zostały połknięte. Zawsze tak mam, że nie czekam, aż głód pojawi się znienacka. Wolę zaatakować go pierwszy. 🙂 No i… złapaliśmy gumę. Tak! Po godzinie jazdy okazało się, że coś tyka z tyłu. Zjazd na pobocze pozwolił nam zaznajomić się z nieciekawą sytuacją. A nawet i z jeszcze gorszą, bo zapas nie został jeszcze wymieniony po ostatniej dziurawej wpadce. Nie obyło się bez telefonu do firmy ubezpieczeniowej. Szczęście w nieszczęściu – takie przypadki finansowane są bez dodatkowych opłat (o ubezpieczeniu samochodu za granicą w innym artykule). Tylko, że do najbliższego serwisu z oponami – kawałek. Samochód sam raczej nie dojedzie. A więc… Laweta! (To też jest za free!) No, ale gdzie ten serwis? W Portstewart. Tak oto dotarliśmy na miejsce. Pół godziny później wszystkie dziury były już załatane, a my ruszyliśmy na zwiady. I czego się dowiedzieliśmy?

TAG
PODOBNE WPISY
Close